-5 kg w styczniu, w lutym zero, co będzie w marcu?

Co się stało, że w styczniu waga spadała tak ładnie, ale w lutym się zatrzymała i nie chce drgnąć?

W styczniu byłam mega szczęśliwa gdy waga z tygodnia na tydzień pokazywała mniejszą wartość. W dół leciały kilogramy i centymetry. Oczywiście była to prawdopodobnie głównie woda. Woda i mam nadzieję, że jednak odrobina tłuszczu też. Wszystko szło fajnie, zgodnie z założeniami. Nie głodziłam się. Redukcji nie zaczęłam od progu 1400 kcal (jak zrobiłabym kiedyś). Pierwsze dwa tygodnie jadłam 1900 kcal. W trzecim tygodniu było 1800, a luty rozpoczęłam od 1700 kcal. Był moment, w którym zleciałam do 1600 kcal. Od lutego zaczęłam też chodzić 1 – 2 razy w tygodniu na crossfit i 2 razy w tygodniu na zajęcia o nazwie powerlifting intro (zajęcia typowo siłowe, wprowadzające w świat trójboju siłowego). W tym momencie zmiany w wadze i wymiarach stanęły w miejscu, co widać w tabelce poniżej.

Co stało się w lutym, że waga ani drgnęła?

Pocieszająca teoria mojej koleżanki z treningów brzmiała „Jak się zaczyna ćwiczyć, to tak się czasami robi, bo mięśnie zaczynają rosnąć”. Szczerze? Chciałabym by w moim przypadku była to prawda. Ale wiem, że przyczyna mogła być zupełnie inna. Mianowicie… weekendy. Tak jak w styczniu naprawdę trzymałam się czystej michy i unikałam pokus w postaci słodyczy, mega tłustego jedzenia i alkoholu, tak w lutym zaczęłam sobie bardzo na wszystko pozwalać (bo przecież ćwiczę). Co z tego, że od poniedziałku do piątku jadłam 1700 – 1800 kcal, jak w weekend nadrabiałam z naddatkiem cały uzyskany deficyt. Jedno wyjście ze znajomymi, drugie, trzecie… W lutym co weekend praktycznie wychodziliśmy na miasto. A jak idziemy na piwo (i to nie jedno), to wypadałoby coś zjeść. Efekt? Może kilogramy nie podskoczyły, ale wzrosły mi niektóre obwody (co mnie aktualnie średnio cieszy)

Na koniec lutego, w ramach zajęć z powerliftingu zważono, zmierzono i oceniono nas na specjalnej maszynie, by móc potem na magicznych wykresach zobaczyć nasze postępy.  Wynik mnie… zasmutkował.

Można zauważyć, że waga na maszynie różni się znacznie od tej z mojej tabelki ale to nic dziwnego akurat. W domu wagę sprawdzam zawsze rano, przed jedzeniem i w samych majtach 😉
Na maszynę w klubie wlazłam ubrana w strój sportowy (ale bez butów), wieczorem, praktycznie po spożyciu wszystkich posiłków… A jeśli zerkniecie na datę pomiaru to odkryjecie, że był wtedy tłusty czwartek… No więc mam nadzieję, że waga była zdecydowanie przekłamana. Muszę pojechać kiedyś na pomiary w sobotę rano i wtedy zobaczyć jak to wszystko naprawdę wygląda w praktyce. Jeżeli chodzi o sam wydruk to zastanowiły mnie dwie rzeczy:

BMR – to jest minimalne spożycie kalorii dla mnie jeśli leżę i tylko oddycham. Nie ruszam ani nóżką, ani rączką. Jeżeli normalnie funkcjonujemy, powinniśmy jeść więcej niż pokazuje ta wartość. Dlatego w trakcie omawiania tych paragonów z trenerką padło moje magiczne pytanie „Jak to jest, że trenuje 3-4 razy w tygodniu, jem 1800 kcal i nie chudnę?” Całą dyskusję skrócę do ostatecznego, szybkiego wniosku, że od poniedziałku do piątku jem za mało i organizm się broni, a nadrabianie kalorii w weekendy niespecjalnie się liczy, bo w dzień nie schudniesz i w dzień nie przytyjesz. Niby wszyscy to wiedzą, ale nie przypuszczałabym, że 1800 kcal to dla mnie dużo za mało przy redukcji.

Visceral Fat – na poziomie 8 (9 to max). Jest to wskaźnik tłuszczu trzewnego, więc jest… źle mówiąc krótko. Tutaj pojawia się mój nowy cel, by  ten wskaźnik obniżyć przynajmniej do 5, bo otłuszczone narządy to mało przyjemna sprawa. Cały czas mam nadzieję, że pączki przekłamały wynik.

Na wydruku widać też, że mam do zrzucenia jeszcze 6,3 kg tłuszczu. Długa droga mnie czeka.

Jakie plany na marzec?

Ciężko powiedzieć, bo właściwie pierwszy tydzień marca już prawie za nami, a ja spędziłam go chora w łóżku. Niezdolna do ćwiczeń i diety. Kontrolnie tylko sprawdziłam, że waga została na tym poziomie co była. Mam nadzieję od poniedziałku wrócić do ćwiczeń. Możliwe, że crossfit zastąpię szybkim marszem na bieżni by nie obciążać tak bardzo organizmu po chorobie. Ale zajęć z powerliftingu nie mogę się już doczekać.  W ostatnim tygodniu marca mamy tygodniowy wyjazd na narty i przydałoby się jeszcze trochę ciało przed tym wzmocnić by nie umierać po dwóch dniach na ból wszystkich mięśni 🙂 A tak dodatkowo liczę po cichu, że jeden kilogram do wyjazdu to uda mi się jeszcze zrzucić.

 

 

5
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
Magda M blogNataliaSzamanMadka rokuAGI.MS - Blog o butach i podróżach Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
AGI.MS - Blog o butach i podróżach
Gość

Zmiana sylwetki niekoniecznie oznacza spadek kilogramów. Nie poddawaj się, powodzenia! 🙂

Madka roku
Gość

Odchudzanie się to okropna mordęga, współczuję. Ja mam do pozbycia się 3 kg, ale na razie olewam temat. Nie chce mi się. Może w wakacje magicznie same zejdą.

Szaman
Gość

A ja nie pilnuję wagi i jestem szczęśliwy 🙂

Natalia
Gość

Moim zdaniem lepiej sugerować się obwodem ciała niż waga.

Magda M blog
Gość

Chciałabym kiedyś pomierzyć się na takiej maszynie. Choć obiawiam się, że też byłabym ‚zasmutkowana’ 😀